Jejku jej!
…a może jednak to wcale nie tak dobrze?
Ostatnio podczas wywiadu na falach Radia Gdańsk (którego możecie sobie wysłuchać tutaj – najlepiej od 6:58, wcześniej uwaga na duży spoiler z “Pieśni Lodu i Ognia” Georga R. R. Martina!) Andrzej Sapkowski zapytany, czy jest szansa na powrót wiedźmina Geralta, rzucił niemalże mimochodem:
A jak najbardziej! I co więcej, niedługo, tak do roku, dwóch.
I można byłoby w pierwszej chwili uznać to za żart pisarza (który – podpowiem – krotochwilne zdania wypowiadać lubi), gdyby nie to, że jak żart to wcale nie brzmiało… Co ciekawe, Sapkowski przez lata zarzekał się, że Saga o Wiedźminie to definitywnie zamknięta całość, zaś sam zmęczony jest całym wiedźmińskim uniwersum (“Skończyłem nie postać, lecz precyzyjnie zaplanowaną pracę pisarską, dokładnie w tym momencie, w którym miała zostać zakończona. Cóż można dodać po zakończeniu? Dalszy ciąg? Poważny autor i dorosły mężczyzna tak nie postępuje. Nadto, szanuję polskiego czytelnika i wiem, że w odróżnieniu od czytelnika anglosaskiego nie lubi być karmiony cyklem do przesady. (…) Opisując wciąż ten sam świat i bohatera z książki na książkę autor popada w coraz większą rutynę. A rutyna jest dla pisarza zgubna.” – fragment wywiadu z Newsweeka z 2009 r.). Od tamtego czasu okoliczności się jednak nieco zmieniły. O ile wydana jakiś czas po “Wiedźminie” trylogia husycka, choć podzieliła czytelników na tych bardziej i mniej ukontentowanych, była w mojej opinii utrzymana na wysokim poziomie (chociaż brakło tak wyrazistych postaci, jak te z cyklu wiedźmińskiego), o tyle “Żmija” była porażką na całej linii – tym boleśniejszą, iż odniesioną przez autora, który wcześniej ustawił dla siebie i konkurencji wysoko zawieszoną poprzeczkę, tworząc przy okazji u kolegów po fachu “syndrom (tudzież kompleks) Geralta”. Zresztą, moi najwytrwalsi czytelnicy być może pamiętają jeszcze, jak poznęcałem się nad nią w swojej recenzji. Od wydania tej krótkiej powieści Sapkowski nie zdradzał żadnych pisarskich planów twierdząc, że przyszedł czas na słodkie nieróbstwo, na które sobie solidnie zapracował.
Nie znam wysokości sprzedaży “Żmii” – pozostaje domniemywać, że z jednej strony poszło jej nie najgorzej – z uwagi na nazwisko autora – a z drugiej, nie tak dobrze, by Sapkowski mógł być pewien, czy jego marka wyrobiona dzięki “Wiedźminowi” wystarczy mu do końca pisarskiej kariery, by zniwelować ewentualne wpadki. Bo o ile krytyka najwyraźniej czekała na potknięcie pisarza tworzącego – w mniemaniu, jak sądzę, większości literackiego środowiska – podrzędny gatunek, jakim jest fantasy, i na dodatek mającego czelność i możliwość się z niego utrzymać, o tyle istotne było, że ostatnie jak dotąd dzieło ASa zostało bardzo chłodno przyjęte także w środowisku fanowskim. A to już musiało dać Sapkowskiemu nieco do myślenia.
Co więcej, marka “Wiedźmina” przeżywa teraz drugą młodość, a to za sprawą bestsellerowych, liczonych już w milionach sprzedanych kopii, gier opowiadających o przygodach białowłosego Geralta, przygotowywanych przez polskie studio CD-Projekt RED. Można zresztą z pewnością rzec, że to nie koniec ekspansji Białego Wilka na nowe media – na wiosnę “Wiedźmin 2: Zabójcy królów” zawita na konsolę Xbox 360, zaś kwestia trzeciej części – mimo, iż jeszcze nie zapowiedzianej – jest w zasadzie przesądzona. Marka “The Witcher” jest coraz lepiej rozpoznawalna na Zachodzie, zaś rekordy sprzedaży w Polsce czy Rosji pokazują, że Geralt nadal jest bliski słowiańskim duszom.
Nic więc dziwnego, że od jakiegoś czasu Sapkowski spuszczał z tonu w sprawie ewentualnej kontynuacji losów najsłynniejszego wiedźmina na świecie. W zeszłorocznej “Nowej Fantastyce” powiedział:
Wśród życzeń z żądań najczęściej pojawia się “dalszy ciąg wiedźmina”. Czytelnika szanuję ale spełniać jego życzeń nie myślę, a tym bardziej pisać na zamówienie pod jakiś public demand. Wolę zaskoczyć gatunkowym eksperymentem w ramach fantasy, coś takiego bardziej mnie pociąga. Choć ostatnio częściej zdarza mi się pomedytować… nad tym czy owym. I wychodzi, że niczego – w tym i “dalszych ciągów” – wykluczać nie należy.
To niejedyna z wypowiedzi ASa sugerujących, że liczy się z możliwością powrotu do Wiedźminlandu (kolejną znajdziecie w filmiku poniżej). Dlatego też o ile kilka lat temu stwierdzenie, jakie padło podczas przytaczanego na początku wywiadu należałoby wziąć jedynie za złośliwy dowcip mający rozpalić ciekawość czytelników, dzisiaj można wziąć za potwierdzenie faktu – Geralt z Rivii, wiedźmin zwany Rzeźnikiem z Blaviken powraca.
Czy to dobrze?
Przyznam, że moje uczucia są w tej chwili mieszane. Z jednej strony trudno nie cieszyć się na myśl, że jeden z moich ulubionych autorów wraca z kontynuacją książki, która sprawiła, że samemu chwyciłem za pióro. Choć cykl wiedźmiński to aż siedem książek, i wydawać by się mogło, że formułę wyczerpano wystarczająco, kusząca jest myśl o powrocie starych znajomych, z Geraltem, Jaskrem, Yarpenem, a nawet tę okropną Yennefer na czele. Pociągający jest sam fakt nowych epizodów osadzonych w tak barwnym, świetnie zarysowanym świecie, no i wspaniale byłoby poznać kilka nowych błyskotliwych dialogów czy powiedzonek – parę takowych z siedmioksięgu zresztą z lubością powtarzam przy różnych okazjach. Z drugiej jednak strony – czy Sapkowski powinien mierzyć się z własną legendą za pomocą kontynuacji cyklu książek, dzięki którym ową legendę zbudowano? Czy warto pisać ciąg dalszy historii, która znalazła bardzo dobre, niedopowiedziane zakończenie, i jakie każdy czytelnik może zinterpretować na swój sposób? Na dodatek dochodzi problem, jak rozwiązać kwestię fabuły gier, których wydarzenia rozgrywają się na kilka lat po książkowych. O ile jeszcze pierwszy wirtualny “Wiedźmin” opowiada nową historię, powiązaną z książkami głównie światem i postaciami, o tyle “Zabójcy królów” kontynuują wątki podjęte w Sadze, co zresztą wyszło scenarzystom CDPR zaskakująco dobrze. Jeśli Sapkowski zdecyduje się na bezpośredni sequel “Pani Jeziora”, jak wtedy traktować fabułę gier? Przypomina mi się przypadek jednej z produkcji opartych na “Władcy Pierścieni” Tolkiena – można tam było stanąć po stronie sił Saurona i ostatecznie zniewolić całe Śródziemie. Choć było to, rzecz jasna, niezgodne z literacką “prawdą”, twórcy uzasadnili ów fakt tym, że to jedna z wizji, jakich doświadczyła Galadriela, a więc coś, co wydarzyć się w tym nierzeczywistym świecie mogło, a nie musiało. Obawiam się jednak, że w wiedźmińskim uniwersum nie ma ani Galadrieli, ani jej zwierciadła (tudzież ich odpowiedników), a więc w przypadku kontynuacji Sagi scenariusz gier będzie zepchnięty na bok jako niekanoniczny i w gruncie rzeczy nieistotny dla historii Geralta. To – w moim przekonaniu – stanie się krzywdzące dla sztabu ludzi z CD-Projekt RED, którzy z wielką starannością odtworzyli w scenariuszu (i całej grze) klimat książek, stosując rozwiązania fabularne, na jakie mógłby zdecydować się Sapkowski. On sam zresztą zdaje się nie przejmować kwestią kolizji historii z sequela z tymi z gier, na co zresztą dowód znajdziecie w filmiku poniżej (2:17-3:40, choć polecam zobaczyć całość). Swoją drogą, nieraz przekomarzał się z fanami w stylu: “Czy jeśli chciałbym napisać dalszy ciąg “Wiedźmina”, która to kontynuacja byłaby tą właściwą?”
Można to poniekąd zrozumieć – to on wymyślił ten świat i tych bohaterów, i to on rości sobie wyłączne prawa o decydowaniu o ich “faktycznym” (o ile można tak powiedzieć) losie. Problem niezgodności treści nowej książki z grami mogłaby rozwiązać na przykład decyzja o napisaniu prequela, a nie kontynuacji. Patrząc jednak na to chłodnym okiem – czy naprawdę chcielibyśmy “przygód młodego Geralta”? Osobiście nie jestem przekonany. Zaś opcji opowieści w wiedźmińskim świecie bez Białego Wilka w roli głównej nawet nie biorę pod uwagę. To nie zadziałałoby i byłoby, jak sądzę, wysoce rozczarowujące dla odbiorców. Ciekawe też, czy nowa część “Wiedźmina” miałaby być powieścią, czy też zbiorem opowiadań – chyba optowałbym za drugim wariantem.
Póki co to wszystko jednak spekulacje na podstawie jednego krótkiego zdania. Czas pokaże, czy Sapkowski naprawdę każe Geraltowi powrócić z zasłużonej wiedźmińskiej emerytury – przynajmniej tej literackiej, bo wirtualnie Biały Wilk ma ostatnimi czasy masę roboty. Niezależnie od tego, jaką jakość będzie prezentować nowa książka o wiedźminie, jedno jest pewne – w dniu premiery ustawię się w kolejce po swój egzemplarz w księgarni, a wraz ze mną zrobią to tysiące innych miłośników przygód Geralta.
I już to będzie można uznać za kolejny sukces Andrzeja Sapkowskiego.



