Strach. Przerażenie. Lęk. Ludzie od zawsze lubili się bać.
”Even a man who is pure in heart and says his prayers by night
May become a wolf when the wolfbane blooms, and the autumn moon is bright…”
Od niepamiętnych czasów wieczorową porą przekazywano sobie historie o potworach czyhających gdzieś w nieprzeniknionej czerni nocy. Ludzie od zawsze lubili się bać, lecz jedynie wtedy, gdy za odczuwanym strachem nie stało żadne realne zagrożenie, żadna rzeczywista groźba, lecz jedynie wytwór imaginacji. Przerażające historie w każdym czasie cieszyły się popularnością, zmieniały się jedynie sposoby, w jakie je opowiadano. Straszenie zyskało zupełnie inny wymiar wraz z rozwojem nowego medium – kina. Właśnie na srebrnym ekranie można było zmaterializować wszystkie ludzkie lęki i fobie, urzeczywistnić opowieści o wampirach, wilkołakach, nieumarłych i duchach. I choć od pierwszych prób przełożenia literackiego języka grozy na taśmę filmową minęło wiele czasu, cel tworzenia horrorów i dreszczowców pozostał niezmienny – wywołać w widzach strach.
Zapraszam na wędrówkę ścieżką historii kina grozy. Zaprezentowane zostaną tutaj dzieła zarówno kanoniczne i godne obejrzenia, jak i te nieco słabsze i mniej ambitne. Horror, jak każdy inny gatunek, miewa przecież swoje wzloty i upadki.
Frankenstein, 1931, reż. James Whale
ocena: 6/10
Nie ma chyba nikogo, kto nie znałby historii doktora Frankensteina i jego monstrum. Odkąd Mary Shelley opisała ją w 1818 r., opowieść rozpalała wyobraźnię kolejnych pokoleń czytelników. Dość szybko tematem zajęło się kino. Myli się
jednak ten, kto uważa, że udźwiękowiona wersja w reżyserii Jamesa Whale’a była pierwszą filmową adaptacją – to zaszczytne miano nosi bowiem krótkometrażowy, niemy „Frankenstein” J. Searle Dawleya aż z 1910 r. Nie zmienia to jednak faktu, że właśnie film z 1931 r. jest tą najpopularniejszą i kanoniczną wręcz próbą opowiedzenia językiem kinematografii wspomnianej historii. Fabuła „Frankensteina” jest w gruncie rzeczy prościutka – poznając energię, jaka umożliwiła powstanie życia na Ziemi, doktor Frankenstein decyduje zabawić się w Stwórcę i ożywić pozszywane z ludzkich zwłok monstrum. W wyniku pomyłki jego niezbyt rozgarniętego pomocnika Fritza zamiast ponadprzeciętnego mózgu, do głowy potwora trafia organ będący wcześniej własnością zwyrodniałego przestępcy. Podczas burzy, wykorzystując wyładowania atmosferyczne, kierowany obłędem naukowiec dopina swego… Zamknięta w ok. 70 minutach fabuła niestety nie powala. Mimo krótkiego czasu trwania, pojawiają się tutaj dłużyzny, nielogiczności, razi również nieprzesadny dramatyzm poszczególnych scen czy uteatralnione, sztuczne aktorstwo większości obsady (na szczęście pierwszy plan gra przyzwoicie). Zdaję sobie sprawę, że sztuka filmowa dopiero stawiała pierwsze kroki (bo już jednak nie raczkowała), lecz nawet będąc wyrozumiałym pod tym względem, nie mogę nie przyznać, że zdarzyło mi się zerknąć na zegarek podczas seansu. Nie oznacza to jednak, że „Frankenstein” zasługuje już tylko na przykrycie grubą warstwą lepkiego kurzu gdzieś w mniej oświetlonej gablocie na tyłach muzeum kinematografii. Przede wszystkim warto odnotować rolę Borisa Karloffa – notabene najsłynniejszą w jego dorobku. Świetnie ucharakteryzowany, potężnej postury aktor dobrze się w niej odnalazł, nawet pomimo faktu, iż nie on, a doktor Frankenstein stanowi główną postać filmu. Po drugie, nie sposób odmówić filmowi atmosfery – urokliwe, czarno-białe zdjęcia oraz starannie przygotowana scenografia naprawdę mogą się podobać, trudno też ukryć, że „Frankenstein” wytyczył wzorce dla przyszłych filmów grozy, nawet jeśli sam nie wydaje się już dzisiaj ani krzynę straszny. W końcu w niejednym horrorze zobaczyliśmy później ponure zamczysko czy cmentarz o zmroku, prawda? I wreszcie po trzecie, warto poznać ten film dla samej opowieści stawiającej pytanie, czy człowiekowi wolno bawić się w Boga. Chociaż aspekt filozoficzny został w filmie mocno spłycony, jest on mimo wszystko obecny. Także sama postać monstrum Frankensteina nie jest jedynie bezrozumnym, żądnym krwi potworem, lecz zagubioną, nie odnajdującą się w świecie żywych istotą – dowodzi tego najpiękniejsza i, obok momentu „narodzin” i „śmierci”, najbardziej zapadająca w pamięć scena z filmu: gdy stwór Frankensteina spotyka małą dziewczynkę i próbuje się z nią bawić, z dziecięcą wręcz radością.
The Bride of Frankenstein (Narzeczona Frankensteina), 1935, reż. James Whale
ocena: 9/10
Po sukcesie pierwszej części reżyser James Whale na realizację następnego filmu o Frankensteinie otrzymał znacznie większy budżet, co doprowadziło do realizacji dzieła zdecydowanie przebijającego oryginał, i to pod każdym względem –
a nie zdarza się to przecież często. Najsłabiej wypada samo zawiązanie akcji – musiał jednakże zaistnieć pretekst do kontynuacji opowiedzianej wcześniej historii. Okazuje się bowiem, że potwór Frankensteina przeżył pożar młyna. Udaje mu się wydostać z ruin i wyruszyć w świat, by poszukać własnego miejsca. Tymczasem doktor Frankenstein porzuca swoje kontrowersyjne praktyki i przygotowuje się do ślubu z narzeczoną Elizabeth. Nie dane im jest jednak zaznać szczęścia i spokoju – do bram włości Frankensteinów puka doktor Pretorius, owładnięty żądzą wskrzeszania umarłych, i to większą jeszcze, niż niegdyś Frankenstein. Po odmowie współpracy doktor decyduje się uprowadzić narzeczoną swego dawnego studenta, by zmusić go do zrealizowania szalonego planu stworzenia dla monstrum… przyjaciółki. Pomimo, iż „Narzeczona Frankensteina” stanowi bezpośredni sequel filmu z 1931 r., bliżej jej do remake’u tamtej historii. Tym razem mamy jednak do czynienia z dziełem naprawdę udanym. Większy nacisk położono na dialogi i prowadzenie opowieści, bez porównania również lepiej prezentuje się warstwa techniczna filmu. Zdjęcia i montaż są bardziej dynamiczne, pojawiła się klimatyczna muzyka, jakiej brakowało w oryginale, sceny z efektami specjalnymi stały się bardziej widowiskowe (tak, jak wygląda wskrzeszenie pani potworowej mogła wyglądać scena ożywienia monstrum – progres jest znaczny), na wyższym poziomie stoi też aktorstwo – wymieniono część obsady, co wyszło filmowi jedynie na dobre: przykładowo Valerie Hobson jako Elizabeth nie jest już tak sztuczna i nienaturalna, jak Mae Clarke w prequelu. Odtwórcy roli Frankensteina i jego „dzieła”, czyli Colin Clive i Boris Karloff, pozostali w swoich rolach, i razem z Ernestem Thesigerem wcielającym się w doktora Pretoriusa stanowią najjaśniejszy punkt filmu pod względem aktorskim. Przede wszystkim
Karloff poczuł się znacznie pewniej w roli i wypełnił swoje zadanie w sposób dalece bardziej przekonujący, tworząc tym razem już absolutnie pomnikową kreację – przyczynił się do tego też pewnie fakt, że potwór nauczył się mówić, co zwiększyło paletę aktorskich środków wyrazu. Spodobało mi się też dopełnienie elementów grozy fragmentami komicznymi, których dostarcza głównie służąca Minnie – nawet jeśli z początku wydaje się irytująca i prezentująca typowy, nieco już anachroniczny humor filmów tamtej epoki, ostatecznie przydaje filmowi uroku: szczególnie do gustu przypadła mi zabawna parafraza sceny z „It’s alive!”, co dodatkowo ukazało dystans filmowców do opowiadanej historii. No i na koniec warto wspomnieć o kapitalnej charakteryzacji Elsy Lanchester w roli narzeczonej dla monstrum – specyficzna fryzura (nastroszone prądem afro) oraz kreacja z bandaży i prześcieradła na zawsze zapisały się w historii horroru. Aż szkoda, że ta postać pojawia się na tak krótko. Celowo nie piszę tytułowa, bo choć „narzeczona Frankensteina” sugeruje właśnie ją, to przecież de facto była nią Elizabeth – nadanie takiej nazwy filmowi jest jednak zrozumiałe w kontekście faktu, że każdy nazwisko Frankenstein utożsamia przede wszystkim z monstrum stworzonym przez naukowca, a nie nim samym.
Dracula (Drakula), 1931, reż. Tod Browning
ocena: 6/10
Film raczej luźno opierający się na motywach powieści Brama Stokera, który wart jest dzisiaj uwagi przede wszystkim ze względu na rolę węgierskiego aktora Beli Lugosiego, który w mistrzowski sposób wcielił się w hrabiego Drakulę. Dość
powiedzieć, że dzięki niemu wytyczono kanon wyglądu i zachowania filmowych wampirów: twardy akcent, czarna peleryna, hipnotyczne spojrzenie i sposób poruszania się stanowią bez wątpienia wzorzec do dzisiaj, pomimo upływu aż osiemdziesięciu lat od premiery filmu. Największe wrażenie obraz robi na początku, gdy niejaki Renfield przybywa do posiadłości Drakuli w sercu Transylwanii, by dopełnić formalności w sprawie dzierżawy przez hrabiego opactwa Carfax. Klimat budowany przez świetną scenografię (czarna karoca, wnętrze zamku Drakuli, a nawet te gumowe nietoperze na żyłkach) jest wręcz bezbłędny, podobnie jak sam Bela Lugosi – nie było chyba aktora, który lepiej wypowiedziałby kultowe dla miłośników horrorów kwestie: „Listen to them. Children of the night…! What music they make…” czy „I never drink… wine”. Niestety, wraz z podróżą hrabiego do Anglii, atmosfera siada, i tak niestety jest już do końca. Poszczególne sceny niezbyt się ze sobą kleją, sporo tu logicznych dziur, brakuje jakiegokolwiek dramatyzmu. Niestety, wywołane to było faktem, iż w dobie wielkiego kryzysu wytwórnia Universal porzuciła pierwotne plany stworzenia superprodukcji i ostro ścięła budżet filmu, wymuszając tym samym adaptację nie bezpośrednio powieści Stokera, lecz sztuki scenicznej Hamiltona Deana na jej podstawie (gdzie zresztą grał Lugosi). Jako, że udźwiękowienie filmu było w tamtych czasach nowością, wytwórnia zadecydowała też, że dialogi i efekty dźwiękowe w zupełności widzom wystarczą, toteż „Drakula” nie doczekał się swojej ścieżki muzycznej. Także aktorsko dzieło Browninga nie błyszczy – poza Lugosim oraz Dwightem Frye’m w roli Renfielda nie ma tu na kogo zwrócić uwagi. Potencjał filmu został więc tym samym zmarnowany – film warto obejrzeć więc głównie ze względu na Belę Lugosiego oraz dobry początek, jaki nie doczekał się godnego rozwinięcia.
The Wolf Man (Wilkołak), 1941, reż. George Wagner
ocena: 7/10
Larry Talbot po śmierci brata powraca do swojej rodzinnej Walii. Tam dowiaduje się o miejscowych podaniach o wilkołakach, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Wkrótce po przyjeździe, podczas nocnego spaceru, zostaje ugryziony przez wilka. Dalszego biegu wydarzeń można się domyślić… „Wilkołak” z 1941 r. to solidna pozycja studia Universal, gdzie w zasadzie wszystkie elementy należycie ze sobą współgrają. Intryga, choć nie należy do skomplikowanych, jest wystarczająco ciekawa, by utrzymać widza przed ekranem, lecz przyzwyczajeni do współczesnych, bardziej dynamicznych produkcji ludzie mogą poczuć się nieco znużeni – mi jednak takie tempo odpowiadało. Dzięki pomysłowości scenarzysty Curta Siodmaka do kanonu gatunku weszły takie przymioty wilkołaka, jak wrażliwość na srebro, przemiana podczas pełni księżyca czy zarażenie likantropią poprzez ugryzienie. Na uwagę zasługują również starannie wykreowane w studio plenery (ta gęsta mgła…) oraz charakteryzacja wilkołaka – nawet jeśli bardziej, niż przerażenie, wywołuje dziś uśmiech.
The House That Dripped Blood (Dom wampirów), 1971, reż. Peter Dufell
ocena: 7,5/10
Jeden z najwyżej ocenianych filmów z wytwórni Amicus zdecydowanie zasługuje na uwagę miłośników klasycznego brytyjskiego kina grozy. Mamy tutaj do czynienia z filmem-antologią: czterema osobnymi historiami, jakie spaja
prowadzone przez detektywa Scotland Yardu dochodzenie w sprawie zabójstw i zaginięć oraz tytułowy dom, w którym rozgrywają się tajemnicze zdarzenia (muszę w tym miejscu zganić polskich dystrybutorów – nie lepiej było przetłumaczyć tytuł dosłownie, czyli jako „Dom, który ociekał krwią”? Propozycja wydawcy jest raczej chybiona, na dodatek stanowi mały spoiler). Oto bowiem obraz Petera Dufella opowiada kolejno o pisarzu, który uważa, że nawiedza go postać z jego książki, mężczyznach mających obsesję na punkcie woskowej figury pewnej kobiety, ojcu przeświadczonym o tym, że jego córka wykazuje niepokojące zainteresowanie czarną magią oraz o aktorze filmów grozy, który na potrzeby nowego filmu kupuje u dziwnego handlarza pelerynę o specyficznej właściwości… Film kreuje dość mroczną, niepokojącą atmosferę, która utrzymuje się w zasadzie aż do samego końca, zaś poszczególne opowieści mocno wciągają: na uwagę szczególnie zasługuje historia woskowej figury oraz dziewczynki i jej ojca, nie sposób jednak odmówić uroku czwartemu segmentowi, a to ze względu na autoironiczny wydźwięk opowieści (a także prztyczek w stronę hammerowskich horrorów). Stosunkowo najsłabiej wypada tutaj rozdział poświęcony paranoicznemu pisarzowi, nie radzę więc od początku zrażać się do filmu. Aktorsko jest przekonująco, mamy tu zresztą do czynienia ze śmietanką produkcji Amicusa i Hammera: Christopher Lee, Peter Cushing czy uwodzicielska Ingrid Pitt świetnie wpasowują się w konwencję filmu. Całość psuje jedynie zakończenie – raczej banalne, na dodatek żenujące technicznie. Nie zmienia to jednak faktu, że „Dom, który ociekał krwią” stanowi dawkę przyjemnej rozrywki z dreszczykiem, oblanej angielskim, gotyckim klimatem.
Horror Express (Pociąg grozy), 1973, reż. Eugenio Martín
ocena: 4/10
I znów mamy do czynienia z duetem Lee-Cushing, tym razem w zdecydowanie słabszym obrazie. Profesor Saxton (Christopher Lee) podczas himalajskiej ekspedycji odnajduje zamarznięte, dobrze zachowane ciało nieznanego nauce
małpoluda, brakującego ogniwa w procesie ewolucji. Postanawia przewieźć go koleją transsyberyjską do Europy, licząc na poklask i wielką sławę. Dość szybko jednak podróż przerywa seria morderstw, które łączy fakt, że wszystkie ofiary oślepły, a ich mózgi uległy zupełnemu „zgąbczeniu”. Podejrzenie pada oczywiście na nadzwyczaj ruchliwą skamielinę, jednakże wkrótce okazuje się, że źródło zła leży gdzieś indziej. Nie ma innego wyjścia – Saxton wespół z doktorem Wellsem (Peter Cushing) muszą odkryć, kto lub co stoi za zabójstwami… Zacząć trzeba od tego, że „Pociąg grozy” to typowe wręcz kino klasy B, które jednakże ani przez chwilę nie udaje, że jest czymś więcej, niż li tylko prostą rozrywką. Intryga jest raczej mało wyszukana, rozwiązanie przyjemnie trąca tandetną science-fiction, ale całość ogląda się zaskakująco dobrze: widzimy tutaj typowe dla brytyjskich horrorów tamtego okresu postacie – angielskich dżentelmenów z wyższych sfer, urodziwe damy (zwracam uwagę na śliczną Silvię Tortosę w roli polskiej hrabiny Iriny Petrovski – a może raczej Piotrowskiej?), zaś sam scenariusz łączy elementy kina grozy, kryminału i sci-fi. Swoje pięć minut ma też Telly Savalas jako kapitan Kazan – wprowadza element humorystyczny, a przy tym stwarza najbardziej wyrazistą, w fajny sposób przerysowaną postać. „Pociąg grozy” to w żadnym razie nie rzecz, jaką trzeba koniecznie obejrzeć, ale w wolny wieczór, przy paczce chipsów będzie jak znalazł, pod warunkiem, że przygotujemy się na specyficzną konwencję kina klasy B.

